|
Na ostatniej lekcji języka polskiego otrzymaliśmy kolejne niebanalne polecenie. Otóż mieliśmy napisać krótki felieton na dowolny temat, co z pozoru wydaje się zadaniem prostym i zdecydowanie wykonalnym.
Jednakże obserwacje, jakie poczyniłem w trakcie zastanawiania się nie tyle nad tematem, co nad ogólna formą felietonu, doprowadziły mnie do niezbyt optymistycznych wniosków.
Pierwszym niepokojącym zjawiskiem, które miało miejsce bezpośrednio po podaniu polecenia, było jego niezrozumienie. Chociaż niezrozumienie nie jest tu najlepszym słowem – było to raczej zaskoczenie tak nietypowym zadaniem, połączone z niechęcią do jakiejkolwiek aktywności w pierwszym dniu szkoły po błogiej przerwie świątecznej oraz całkowitym brakiem wiedzy i przygotowania- potrzebnych do napisania takiego tekstu.
Po licznych konsultacjach i podpowiedziach otrzymanych od pani profesor większość z nas już przynajmniej teoretycznie wiedziała o co chodzi. Ale była to dopiero połowa sukcesu, bo pozostawała jeszcze całkiem istotna kwestia wyboru tematu.
Na dokonywanie opisanych wyżej spostrzeżeń zmarnowałem ponad dziesięć minut, czyli w gruncie rzeczy ponad połowę czasu, który miał zostać przeznaczony na napisanie tejże pracy. Jednak mniej więcej po kolejnych pięciu minutach przeznaczonych na gorączkowe poszukiwanie już wtedy niekoniecznie interesującego, a raczej jakiegokolwiek tematu, który mógłbym chociaż odrobinę rozwinąć i ująć w formie właściwej gatunkowi, doznałem olśnienia.
Przede wszystkim felieton miał dotyczyć wydarzeń aktualnych, być dowcipny i skłaniać do myślenia. Moim zdaniem, trudno o bardziej aktualne wydarzenie od tego, które mam miejsce w chwili pisania. Jeśli zaś chodzi o dowcipność, to może jestem w błędzie, ale wydaje mi się, że mój tekst również spełnia to kryterium. A co do skłaniania do myślenia, to jeśli nie skłoniłem do niego czytelnika, to przynajmniej skłoniłem siebie.
Paweł Soswa
2mat-inf1
|