|
Ofiary modnych studiów
Europeistyka, dziennikarstwo czy pedagogika to kierunki oblegane przez rzesze przyszłych bezrobotnych.
Kryzys przychodzi po pięciu miesiącach. Damian, absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, mówi, że czujesz się wtedy, jakbyś doszedł do ściany. Otwierasz gazetę albo stronę w internecie i możesz recytować ogłoszenia. Do wszystkich miejsc, które chociaż trochę do ciebie pasują, już dawno wysłałeś CV. Zaczynasz się zastanawiać, co z tobą jest nie tak. Przecież skończyłeś studia z wyróżnieniem, byłeś na wymianie studenckiej w Hiszpanii, mówisz nieźle w dwóch obcych językach. Nie masz dużych wymagań, możesz wziąć właściwie cokolwiek, ale ciebie nie chce nikt.
Po pięciu miesiącach zaczynasz rozumieć, że twoje studia, z których jesteś dumny ty i cała rodzina, pracodawcy traktują jak hobby. Co z tego, że liznąłeś trochę historii, znasz pobieżnie kanon myśli politycznej i elementy prawa międzynarodowego? W najlepszym przypadku możesz zgrywać mądralę, rozmawiając przy piwie ze znajomymi. Po pięciu miesiącach czujesz, że przegrałeś, chociaż wyścig dopiero się zaczął. Damian nie chce podawać nazwiska ani pokazywać twarzy. Głupia sprawa, mówi, bo przecież nic złego nie zrobił i nie czuje się winny. Ale nie chce, żeby ktoś go miał za nieudacznika.
Tak złego wejścia na rynek pracy nie miało żadne pokolenie od 50 lat. Na całym świecie młodzi odbijają się od drzwi kolejnych firm. Z powodu kryzysu w ciągu ostatnich trzech lat bezrobocie wśród młodych Europejczyków z krajów Unii wzrosło z 15 do 21 proc. W Polsce na początku roku w urzędach pracy zarejestrowanych było prawie pół miliona bezrobotnych, którzy nie ukończyli 25 lat. Jeszcze dwa lata temu było ich 300 tysięcy. Według obliczeń Głównego Urzędu Statystycznego wśród bezrobotnych do 27. roku życia ponad jedna trzecia to absolwenci szkół wyższych. Eksperci Międzynarodowej Organizacji Pracy alarmują nawet, że jeśli nic się nie zmieni, najmłodsi uczestnicy rynku pracy mogą się stać straconym pokoleniem, które zmarnuje możliwości i skaże się na społeczny margines.
W tej sytuacji kluczowy staje się mądry wybór kierunku studiów. Coraz więcej młodych głośno mówi o tym, że ktoś ich oszukał. Dorastali przecież w świecie, w którym wszyscy zapewniali, iż wykształcenie zapewni im dobrą pracę. - To tak jakby wszyscy szukali winnych tego, że pada śnieg. Jest kryzys, powstaje mniej stanowisk pracy, ludzie rzadziej opuszczają te, które mają, bo sytuacja jest niesprzyjająca. Ludzie wyobrażają sobie, że będą mieli pracę, jeśli pójdą na jakiekolwiek studia, ale zapominają, że wyższe wykształcenie jest dziś raczej warunkiem sine qua non niż gwarantem zatrudnienia - tłumaczy dr Marek Suchar, specjalista psychologii pracy i doradca personalny z 20-letnim doświadczeniem.
Wyższe wykształcenie przestało być atutem, bo połowa młodych ludzi z każdego rocznika idzie u nas na studia. Według zeszłorocznego raportu OECD w 2008 roku tytuł magistra uzyskało w Polsce procentowo najwięcej osób na świecie. - Studiują masy, więc wartość dyplomu drastycznie spadła. Studia nie są już przeznaczone dla ludzi inteligentnych, tylko przeciętnych. Przeciętnie inteligentnych, przeciętnie utalentowanych i przeciętnie zmotywowanych - mówi prof. Jan Hartman, filozof i wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Magister jest dziś wart mniej niż przedwojenny maturzysta. Trudno oczekiwać, żeby ktoś traktował poważnie tytuł uzyskany na studiach, gdzie wystarczy zapłacić, przekleić parę rzeczy z internetu, zdać prymitywne testy i odebrać dyplom - dodaje prof. Hartman.
Łukasz Mędrek papierów ma cały plik: licencjat z informatyki w zarządzaniu, magister zarządzania i marketingu, dyplom inżyniera ochrony środowiska. Kiedyś wydawało mu się, że ma przyszłościowe wykształcenie. Dzisiaj ocenia, że nie ma nic. Rok temu wrócił z Irlandii i od tamtej pory co tydzień wysyła 60 życiorysów do pracodawców w całej Polsce. Mieszka pod Krakowem, ale pracy szuka już wszędzie. Jakiejkolwiek, która pozwoli mu utrzymać rodzinę.
Skłamałby, gdyby powiedział, że nie ma żadnych odpowiedzi. - Ostatnio byłem na rozmowie w Tesco, gdzie szukano kierownika sklepu. Przeszedłem pomyślnie wszystkie testy, na przykład z profesjonalnej ekspozycji towarów na półkach, więc szef chciał mnie zatrudnić. Zapytał, ile chcę zarabiać. Już wiem, jakie są realia, więc powiedziałem skromnie: 1800 zł. Usłyszałem, że to stanowczo za dużo, bo za całą tę pracę, łącznie z otwieraniem i zamykaniem sklepu, mogę dostać 1200 zł. To i tak była jedna z lepszych ofert - opowiada Mędrek.
Ewa Cyrulik, pedagog z Jastrzębia, ma wrażenie, że szukanie pracy to proces, który nigdy się nie kończy. Codziennie przeszukuje internet, rozsyła CV i roznosi po placówkach podania. – To ostatnie jest dla mnie najbardziej przykre, bo gdy przychodzę do szkoły czy przedszkola, najpierw trafiam na sekretarkę, która stoi na straży pani dyrektor i broni jej jak lwica. Z szefową nie mam szans porozmawiać, bo gdy tylko próbuję, sekretarka wzdycha, że nie ma sensu, że ma tu już cały segregator takich podań – opowiada. Zarejestrowała się w urzędzie pracy, ale tam też nie są w stanie niczego dla niej znaleźć.
Damian do urzędu pracy jeszcze nie trafił. Zawsze mu się wydawało, że to jakiś podziemny świat, biedna dzielnica tych, którym się w życiu nie udało. Świat przegranych, do którego on, absolwent jednego z najbardziej prestiżowych kierunków, nigdy nie trafi. Kiedy zaczynał studia, chętnych na jedno miejsce na stosunkach międzynarodowych było trzydziestu. Damian zazdrości tym, którzy się nie dostali. Mają przynajmniej jakiś sensowny zawód. On przekonał się, że nie ma żadnego, kiedy zakładał konto na portalu z ofertami pracy. Poległ już na początku kwestionariusza. Po wybraniu opcji „wyższe wykształcenie” trzeba było wpisać zawód. Co miał wpisać magister po stosunkach międzynarodowych? Ma dyplom z wiedzy o wszystkim i o niczym.
Wśród statystyk bezrobotnych absolwentów wyższych uczelni od lat królują te same profesje: pedagogika, politologia, dziennikarstwo, europeistyka, socjologia, zarządzanie i marketing. Uczelnie, szczególnie prywatne, chętnie promują te kierunki, bo można prowadzić je niewielkim kosztem, a wiele osób przyciąga po prostu słowo „marketing” albo „Europa” w nazwach. – W Polsce brakuje skutecznej regulacji kierunków studiów, więc mamy na rynku za dużo tych, którzy pracodawcom do niczego nie są potrzebni. Tak zwani humaniści kończą studia, po których nie są w niczym wyspecjalizowani. Mają jakąś wiedzę teoretyczną, ale poza światem nauki ona do niczego się nie przydaje – tłumaczy Łukasz Radzikowski, ekspert ds. rynku pracy z firmy HRK.
– Najpierw próbowałem w Lublinie i okolicach wykonywać swój zawód, czyli po prostu uczyć w szkole historii. To ciężka praca, niewielkie pieniądze, więc konkurencja nie powinna być duża. Tymczasem najlepsza oferta, jaką dostałem, to ćwierć etatu oraz opieka nad kółkiem szachowym i świetlicą – mówi Marcin Sawicki, absolwent historii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. – Nie starczyłoby nawet na jedzenie.
Mało kto z maturzystów wybierających studia jest w stanie rzetelnie sprawdzić, jakie szanse na pracę zapewni mu wybrany kierunek. – Tyle że nieznajomość rzeczywistości nie chroni przed rzeczywistością. Dziewiętnastolatki mogą głosować i wychodzić za mąż, a są za mało dojrzali, żeby wybrać kierunek studiów? Nie żartujmy, to jest ich życie i muszą być za nie odpowiedzialni. To fantastycznie, jeśli ktoś wybiera kierunek studiów dlatego, że coś go interesuje, ale musi być gotowy na to, że jeśli się nie uda, będzie musiał wybrać inną drogę – tłumaczy dr Marek Suchar, który uczy psychologii na wyższej uczelni. – Kiedyś na roku było 50 osób, a teraz jest ich 500. W Poznaniu rocznie na rynek wchodzi więc 500 osób z tytułem magistra psychologii. Skąd dla nich wszystkich ma znaleźć się praca? Słucham, jak absolwenci narzekają, że są przecież po dziennikarstwie, europeistyce albo pedagogice i nie po to studiowali, żeby pracować w call center. Ale prawda jest taka, że w Polsce 75 procent miejsc pracy jest w sprzedaży i usługach. To się nie zmieni, choćbyśmy wypuszczali na rynek milion europeistów rocznie – mówi Suchar.
W Poznaniu jest więc cały zastęp bezrobotnych psychologów, ale brakuje na przykład rzeźników i wędliniarzy. Jak pisała przed miesiącem „Gazeta Wyborcza”, w tym roku po raz pierwszy poznański Cech Rzeźników i Wędliniarzy nie miał kogo pasować na czeladnika. W całym kraju brakuje piekarzy, tokarzy. Rzemieślników nie ma, bo wszyscy poszli na studia. Tytuł magistra stał się dziś fetyszem, którego wszyscy pragną. – Ludzie chcą uniknąć za wszelką cenę pracy fizycznej, bo wydaje im się, że to stygmatyzuje i poniża. A niby dlaczego posiedzenie na wykładzie i odpisanie kilku notatek miałoby być lepsze od pracy tokarza? To bardziej potrzebne niż kolejny człowiek po zarządzaniu i marketingu, który nic nie potrafi – mówi prof. Hartman.
– Bo jak ktoś skończył zarządzanie i marketing, to co naprawdę umie? Bardziej zarządzanie czy marketing? Jeśli marketing, to czego? – denerwuje się Łukasz Radzikowski i dodaje, że pracodawca na początku nie ma z takiego pracownika żadnego zysku. – Oni tak naprawdę nie są w stanie niczego dać. Dlatego dla pracodawców doświadczenie liczy się o wiele bardziej niż kierunek studiów. W mojej branży HR spotykam ludzi z różnym wykształceniem: od społecznego przez filologię po prawo. I szczerze mówiąc, nie ma to żadnego znaczenia. Liczy się to, co umiesz – mówi Radzikowski.
Marcin Sawicki już wie, że dla historyków pracy nie ma, więc próbuje się przekwalifikować. Zrobił kurs na technika organizacji reklamy. Jeśli przez dwa miesiące nie znajdzie pracy, przeprowadzi się do Warszawy, bo tam o zatrudnienie znacznie łatwiej. Tyle że wcześniej będzie musiał wyjechać do fizycznej roboty za granicę, żeby mieć pieniądze na szukanie posady w Warszawie
Autorzy:
Bartosz Janiszewski przy współpracy Anna Szkot, Marek Raszplewicz
Artykuł pochodzi z czasopisma "Newsweek"

Zawody (niedalekiej) przyszłości
Kontroler lotów kosmicznych czy projektant sztucznej inteligencji – takie zawody kojarzą się z przyszłością. Błąd. Najbardziej pożądani będą specjaliści z tradycyjnych dziedzin.
Według statystyk trzech na czterech studentów wybiera wydział pod kątem własnych zainteresowań, a nie przyszłej kariery zawodowej. Świadczy o tym to, że w 2005 roku najpopularniejszymi kierunkami studiów wciąż były pedagogika, psychologia, filologia angielska, politologia oraz socjologia, choć ofert pracy dla absolwentów tego typu kierunków jest w Polsce bardzo mało. Co innego w Europie Zachodniej czy w USA. Tam nawet teologowie czy filozofowie bez problemu znajdą pracę w zawodzie. Według profesora Kazimierza Makowskiego z Katedry Gospodarowania Zasobami Pracy Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, wynika to z bardziej rozwiniętej tamtejszej gospodarki, która wchłania absolwentów zarówno kierunków ścisłych, jak i humanistycznych.
Dlatego tam popularność kierunków „poetyckich”, takich jak iranistyka, historia sztuki, teologia, oceanografia czy filologia nie dziwi. Jednak w Polsce szansa na bezpośrednie i szybkie zatrudnienie po takich specjalizacjach jest nikła – podkreśla prof. Makowski. Wiadomość jest tym bardziej przykra, że w ciągu kilku ostatnich lat nastąpiła prawdziwa nadprodukcja polonistów, politologów, socjologów, a także specjalistów od marketingu i zarządzania. Katastrofa? Nie. – Rynek oferuje szeroką paletę wszelkiego rodzaju dokształcania się. Poszerzanie własnych kompetencji jest teraz nieuniknione – kończy prof. Makowski z SGH. Jakich kursów czy szkół podyplomowych szukać? Takich, które oferują wykształcenie absolwentów kategorii nauk ścisłych. Na rynku wciąż brakuje absolwentów wydziałów, takich jak fizyka, ekonomia, chemia, biologia, elektronika czy matematyka. Według prof. Makowskiego i ekspertów rynku pracy, to właśnie te kierunki są najbardziej przyszłościowym i specjalnościami. – W średniowieczu nauką, na podstawie której powstawały inne dziedziny, była filozofia.
Teraz podstawą jest matematyka i inne nauki ścisłe. Dzięki skomplikowanym matematycznym wzorom mogą rozwijać się nowe technologie, abstrakcyjne modele, czy to samochodów, czy pralek, jak również fizyka jądrowa – mówi. Możliwości pracy dla matematyków jest bardzo wiele, i nie zawsze są to oczywiste miejsca. Mateusz Kręgiel, absolwent matematyki na UJ, od roku pracuje w Krajowej Dyspozycji Mocy. Kontroluje poziom energii w całym kraju. Odpowiedzialne stanowisko łączy się z atrakcyjnym wynagrodzeniem. Nie boi się utraty pracy, bo konkurencja wśród absolwentów ścisłych kierunków nie jest duża. Zgodnie ze statystyką większość studentów ucieka od ścisłych kierunków. Eksperci mówią wprost, że to właśnie absolwenci kierunków matematyczno-przyrodniczych są „solą tej ziemi”. I to oni mają największe szanse na znalezienie pracy zarówno teraz, jak i w przyszłości. Tę teorię potwierdzają także sami zainteresowani. – Jeszcze rok czy dwa lata temu moja specjalizacja wywoływała tylko uśmiech politowania na twarzach znajomych – wspomina Andrzej Paczulnis, student chemii na Uniwersytecie Szczecińskim.
Przyznaje, że czasami nawet zazdrościł tym, którzy studiowali popularne modne kierunki. Teraz jednak okazało się, że to właśnie jego wiedza teoretyczna – ale i praktyczna – na temat wszelkiego rodzaju reakcji chemicznych, jest potrzebna. Takich ekspertów poszukuje się w wielu firmach, wytwarzających produkty spożywcze, detergenty czy nawet opony samochodowe. Potwierdza to sam Andrzej: – Zanim zacząłem pisać pracę magisterską, już dwie międzynarodowe firmy, które rozpoczynały działalność w Polsce, złożyły mi oferty pracy – dodaje z satysfakcją. Teraz muszę jedynie wybrać, czy bardziej zainteresuje mnie opracowywanie nowych produktów kosmetycznych, czy raczej przemysł rolniczy. Jedno jest pewne: ani kosmetyki nie przestaną być potrzebne, ani rolnictwo nie zrezygnuje z nawozów. Ofert pracy dla takich specjalistów jak Andrzej pojawia się w Polsce coraz więcej. Większość rzeczywiście pochodzi z międzynarodowych korporacji farmaceutycznych, chemicznych czy biotechnologicznych, które przenoszą do Polski swoje główne siedziby, centra logistyczne, a także ośrodki badawcze. W swoich nowoczesnych, świetnie wyposażonych laboratoriach chcą zatrudniać polskich absolwentów chemii, fizyki czy biologii. – Wiadomości zdobyte w tak szerokich dziedzinach są nie do przecenienia dla pracodawców z różnych branż. Zawsze bowiem można wykorzystać ich fragment dla swoich potrzeb – komentuje wyraźny trend prof. Makowski. W jednym z takich koncernów chciałby pracować Michał Głowala, student biotechnologii z Warszawy. – Biotechnologią zainteresowałem się przypadkiem. Lubiłem oglądać programy telewizyjne na temat wykorzystywania techniki na przykład w leczeniu ludzi – mówi.
Przełom nastąpił, gdy pojawiła się informacja o klonowaniu i wszyscy łącznie z Michałem zrozumieli, że tak będzie wyglądać przyszłość. – Wtedy pomyślałem, że to właśnie tą dziedziną chcę się zająć. Wiem, że brzmi to górnolotnie, ale sądzę, że nowe osiągnięcia techniki, w połączeniu z gruntownym przygotowaniem teoretycznym, mogą spowodować cuda – opowiada student biotechnologii. – Dlatego wybrałem ten właśnie kierunek – mówi. Jednocześnie przyznaje, że w trakcie studiów przede wszystkim poznawał wiedzę z zakresu nauk biologicznych, a nowe technologie były niejako „na dokładkę”. Teraz zajmuje się probiotykami, czyli korzystnymi dla człowieka bakteriami, zasiedlającymi nasz przewód pokarmowy. Jego zdaniem w Polsce popyt na usługi osób kończących biotechnologię dopiero zaczyna się kształtować. Ale z drugiej strony jeszcze nie słyszał, żeby któryś ze starszych kolegów nie znalazł dobrze płatnej pracy. Głównie za granicą, ale Michał jest pewien, że już za kilka lat w naszym kraju też będą potrzebni. Ma rację. Potwierdza to choćby przygotowany przez Ministerstwo Gospodarki i Pracy raport „Zatrudnienie w 2005 roku”, z którego wynika, że zarówno specjalizacja Michała, jak i ochrona środowiska oraz szeroko pojęte kierunki biologiczne będą bardzo potrzebne w niedalekiej przyszłości.
Jednym z pochodnych biologii kierunków jest m.in. technologia żywienia. Jej absolwenci będą potrzebni na rynku pracy z prostego powodu. – Polacy stają się coraz bogatszym społeczeństwem, co pociąga za sobą zmiany w ich dotychczasowych przyzwyczajeniach. Coraz częściej decydują się na stołowanie poza domem, ale jednocześnie zwracają uwagę na to, co jedzą – mówi prof. dr hab. Urszula Sztandar-Sztanderska z Katedry Makroekonomii i Teorii Handlu Zagranicznego Uniwersytetu Warszawskiego. – Zawsze będziemy coś jeść, a teraz, w dobie coraz bardziej zażartej konkurencji, produkty spożywcze muszą czymś zaskakiwać. Jednocześnie muszą być zdrowe. To nie lada wyzwanie – dodaje Karol Kinkowski, student dietetyki na warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Przyznaje, że kiedy zaczynał studia, wielu jego znajomych powątpiewało, czy znajdzie pracę w zawodzie. – Okazuje się jednak, że to ja mam więcej ofert pracy. Głównie dlatego, że specjalistów w mojej dziedzinie jest stosunkowo niewielu – dodaje z zadowoleniem Karol. W przyszłości o zatrudnienie nie muszą się martwić nie tylko osoby dbające o zdrowy styl życia.
Równie, a może nawet bardziej będą potrzebni specjaliści z szeroko pojętej dziedziny medycyny. – Nasze społeczeństwo szybko się starzeje. W związku z tym bardzo szybko potrzebni będą specjaliści od opieki paramedycznej, czyli rehabilitanci, dietetycy, fizjoterapeuci, lekarze domowi czy wysoko wyspecjalizowane pielęgniarki – mówi prof. Sztandar-Sztanderska. Tym samym poszukiwanie pracy za granicą nie grozi absolwentom AWF-u. Z całą pewnością pracy szukać nie musi Wojciech Mazurek. – Kiedy zdecydowałem się na robienie dodatkowego kursu masażu połączonego z rehabilitacją, kierowały mną raczej pobudki osobiste, bo musiałem opiekować się siostrą, którą po wypadku czekała długa rehabilitacja. Szybko okazało się, że osób zainteresowanych moją pomocą jest znacznie więcej. Tuż przed obroną pracy magisterskiej zostałem zatrudniony na pełnym etacie w dużym, warszawskim ośrodku rehabilitacyjnym – opowiada Wojtek Mazurek. Równie poszukiwani są absolwenci medycyny. Lekarze większości specjalności, tak zwana świeża krew wykorzystująca wszelkie nowe zdobycze technologiczne, mogą liczyć na oferty ze szpitali i przychodni publicznych i prywatnych. Nie tylko w Polsce. Powód jest oczywisty. –
Różnica między medycyną sprzed 10-15 lat a tą dzisiejszą jest ogromna. Zmiany dokonują się bardzo szybko i nie wszyscy są w stanie za nimi nadążyć. Młodzi ludzie są już przyzwyczajeni i przygotowani do nowoczesnych technik używanych w medycynie i dlatego będą bardzo potrzebni – wyjaśnia prof. Makowski. Absolwent medycyny, Piotr Mączka z Gdańska, który przygotowuje się teraz do egzaminów na II poziom specjalizacji, wybrał okulistykę. – Coraz więcej osób ma kłopot ze wzrokiem, a biorąc pod uwagę rozpowszechnienie komputerów, na brak pacjentów nie będę narzekał – wyjaśnia powody swojego wyboru Piotr Mączka. Ma już w planach otworzenie własnej kliniki. Nie ukrywa, że otrzymał już kilka atrakcyjnych ofert pracy, nawet bez zdanego egzaminu.
To nie koniec listy przyszłościowych kierunków. Jak bowiem pokazują raport Ministerstwa Gospodarki oraz prognozy specjalistów rynku pracy, na nowe miejsca pracy, m.in. w zagranicznych koncernach, może liczyć także ogromna liczba inżynierów specjalistów, którzy do tej pory nie cieszyli się zbyt dużym uznaniem. – Przekonanie, że inżynierowie są specjalistami niższej kategorii pokutuje w społeczeństwie jeszcze od czasów komunizmu – tłumaczy prof. Sztandar-Sztanderska. Wówczas było ich zdecydowanie zbyt wielu i nierzadko zajmowali się obowiązkami, o których nie mieli pojęcia. I dlatego tytuł inżyniera był postrzegany negatywnie – wyjaśnia. Teraz zaś okazuje się, że są jednymi z najbardziej poszukiwanych pracowników.
Największą popularnością spośród inżynierów będą cieszyć się specjaliści od nowych technologii, IT, informatyki, programowania, baz danych, obsługi przepływu informacji w Internecie oraz samego Internetu i związanych z nim innowacji. Właściwie każda osoba, która na temat komputerów wie więcej niż przeciętny użytkownik, ma szansę na interesujące i dobrze opłacane zajęcie. I to zadecydowało tym, że Jarosław Dudek po ukończeniu politologii zdecydował się na podyplomową szkołę informatyczną. – Teraz pracuję w firmie, która zajmuje się tworzeniem oprogramowań dla warszawskich hipermarketów i większych marketów – opowiada i jednocześnie podkreśla: – Jestem bardzo zadowolony. Prawdą jest, że myśl o przekwalifikowaniu staje się coraz bardziej opłacalna. – Do Internetu będą się przenosić kampanie reklamowe oraz coraz więcej usług typu kupno-sprzedaż – tłumaczy Anita Wojtaś z portalu Pracuj.pl. Według niej sieć stanie się głównym kanałem komunikacji między firmą i jej odbiorcami.
W związku z tym będą potrzebni administratorzy sieci, webmasterzy. A także analitycy systemów komputerowych oraz specjaliści „nieinformatyczni”, np. marketingowcy obeznani z formami reklamy w Internecie. Oczywiście to nie jedyne propozycje opłacalnych, przyszłościowych kierunków studiów. Bardzo potrzebni będą ekonomiści. – Polacy stają się również bardziej świadomi możliwości zarządzania własnymi pieniędzmi, dlatego potrzebujemy fachowej pomocy analityków i doradców finansowych – mówi prof. Sztandar-Sztanderska. Potwierdza to Anita Wojtaś z portalu Pracuj.pl, zwracając uwagę na ekonomistów potrafiących obsługiwać najnowsze programy komputerowe. Zwiększy się także zatrudnienie pracowników obsługi klienta, obeznanych z technologiami interaktywnymi – wyjaśnia Anita Wojtaś. Matematycy, chemicy, fizycy, inżynierowie, rehabilitanci, lekarze... Nie takie zawody kojarzą nam się z futurologicznymi profesjami. A jednak to właśnie one będą najbardziej pożądane za kilka lat.
Czy to oznacza, że socjolodzy, poloniści czy historycy mogą oczekiwać czasu posuchy? Nie. Mogą jednak zostać z czasem zmuszeni przez rynkowe realia do dokształcenia się bądź poszerzenia dotychczas posiadanych kompetencji. Mechanizm ten obrazowo tłumaczy prof. dr hab. Kazimierz Makowski z SGH: – Otrzymanie dyplomu fizyka nie oznacza, że na tym należy poprzestać. Jednocześnie profesor podkreśla, że nie należy tonąć w pragmatyzmie. Dzisiejsze kształcenie powinno być dwusegmentowe, łączyć w sobie zarówno tzw. edukację przyszłościową, jak i tę związaną z zainteresowaniami. Tyle tylko, że ze znacznym rozbudowaniem tej przyszłościowej. Tym sposobem wykwalifikowani specjaliści będą mieli także szansę na hobbystyczną odskocznię od codzienności w międzynarodowej korporacji.
Autorzy:
Anna Sochocka, Monika Cieślik, przy współpracy Paweł Rusak
Artykuł pochodzi z portalu Onet

|