II HUM i III MAT1 w Sandomierzu, Zamościu i Łańcucie.

Przełom września i października to tradycyjny czas, kiedy uczniowie „Staszica” jeżdżą na klasowe wycieczki. Jeździ się, by zwiedzać Polskę i Europę, ale też po to, by się integrować klasowo i międzyklasowo, by w miłej atmosferze spędzać czas. Pojechaliśmy więc i my.
W dniach 9-11.października klasy 2HUM oraz 3MAT1 uczestniczyły w swojej, długo przygotowywanej wycieczce. Trasa prowadziła przez klimatyczny Sandomierz, historyczny Zamość, wstrząsający Bełżec i wytworny Łańcut, które zwiedzaliśmy oraz ekologiczny Krasnobród – gdzie nocowaliśmy.

W poniedziałek około południa po długiej autokarowej podróży dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki – Sandomierza. Wraz z przewodnikiem podziwialiśmy tamtejszy Zamek i Bramę Opatowską, Bazylikę Katedralną Narodzenia Najświętszej Maryi Panny oraz liczne kościoły. Następnie przeszliśmy przez Ucho Igielne, a także zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę na rynku.
Na sandomierskich uliczkach i przed Komisariatem Policji przyglądaliśmy się trwającym nagraniom serialu Ojciec Mateusz. Kilku osobom udało się nawet zrobić zdjęcie z Konradem Pielą, czyli serialowym aspirantem Noculem. Piotr Polk, czyli inspektor Możejko, którego też widzieliśmy w trakcie zdjęć, był jednak nieuchwytny. Podziemna trasa turystyczna była kolejnym punktem naszego sandomierskiego szlaku. Zeszliśmy 12 metrów w głąb ziemi, aby usłyszeć legendę o Halinie Krępiance oraz dowiedzieć się o historii miasta. Po długim spacerze nadszedł czas na dalszą podróż.

Po drodze przejeżdżaliśmy przez Zwierzyniec, miejsce ściśle związane z Marysieńką Sobieską i Roztoczańskim Parkiem Narodowym oraz, jak prawie wszystko w tej okolicy, z rodziną Zamojskich. Zapamiętaliśmy też, że już od Sandomierza prawie cały czas jechaliśmy przez lasy, partyzanckie lasy, w których w czasie II wojny światowej wszystkie polskie formacje zbrojne począwszy od Armii Krajowej, przez Bataliony Chłopskie po Armię Ludową prowadziły ciężkie walki z niemieckim okupantem. Aha, po drodze był jeszcze Szczebrzeszyn i dwa pomniki chrząszcza 🙂

Na końcu podróży był Krasnobród – uzdrowiskowa miejscowość położona na skraju Roztoczańskiego Parku Narodowego i Ośrodek Wypoczynkowy „Pszczeliniec”, gdzie czekała na nas pyszna kolacja, a po niej integracyjne ognisko.

Drugi dzień naszej wycieczki rozpoczął się śniadaniem w ośrodku. Zapoznaliśmy się z planem dnia i udaliśmy z powrotem do pokoi, aby przygotować się do wyjazdu. Po przywitaniu się z panem kierowcą ruszyliśmy w podróż autokarową do Zamościa. Po niecałych dwóch godzinach rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta.

Mijając Bramę Lwowską i Nadszaniec, dotarliśmy na Rynek Wielki. Rynek rzeczywiście jest imponujący i wzorowo architektonicznie zaplanowany. Zdjęcie tego rynku jest we wszystkich podręcznikach historii jako przykład idealnego renesansowego miasta. Podziwialiśmy znajdujące się tam zabytkowe kamienice z podcieniami (najbardziej podobały nam się te ormiańskie) oraz ratusz, główny obiekt całego placu.Maturzyści musieli się popisać wiedzą na temat renesansowych i barokowych reguł architektonicznych…

Ratusz posiada 52-metrową wieżę zegarową oraz szerokie, wachlarzowe schody dobudowane w XVIII wieku, jak twierdził pan przewodnik – obowiązkowe miejsce na grupowe zdjęcia. Obfotografowaliśmy się więc i my.

Wyszliśmy z Rynku ulicą Stanisława Staszica i skierowaliśmy swoje kroki w stronę Muzeum Fortyfikacji i Broni „Arsenał”, wstępując po drodze do Katedry Zamojskiej oraz przechodząc obok pomnika wzniesionego na cześć Jana Zamoyskiego. W muzealnej „Prochowni”, podczas wyjątkowego seansu z wykorzystaniem makiety budynków, zapoznaliśmy się z historią miasta (czyli Twierdzy Zamość). Następnie przeszliśmy do Pawilonu pod Kurtyną, gdzie czekała na nas ciekawa wystawa sprzętu wojskowego. Szczegóły dotyczące eksponatów przybliżył nam nasz pan przewodnik. Ostatnim miejscem jakie odwiedziliśmy w tym kompleksie muzealnym był sam Arsenał i wystawy: broni (głównie białej oraz palnej) i czasowa.

Po opuszczeniu „Arsenału” wróciliśmy na Rynek, aby zjeść coś przed dalszym zwiedzaniem. Wstąpiliśmy także do I LO im. Jana Zamojskiego znajdującego się w budynku Akademii Zamojskiej, utworzonej przez patrona szkoły w 1594 roku. Z Zamościa pojechaliśmy do Bełżca. W Muzeum – Miejscu Pamięci przewodnicy przybliżyli nam historię nazistowskiego obozu zagłady, w którym od marca do grudnia 1942 roku Niemcy w szczególnie bestialski sposób zamordowali ok. 500 tys. Żydów z południowej i południowo – wschodniej Polski, Niemiec, Czech, Słowacji i innych krajów oraz ok. 1500 Polaków pomagających Żydom, a potem zlikwidowali obóz, zburzyli baraki, posadzili drzewa, zatarli wszystkie ślady w nadziei, że wszyscy zapomną i prawda nie wyjdzie na jaw.

Tymczasem już w latach 60. XX w. odsłonięto pomnik – obelisk, niezbyt plastycznie i symbolicznie udany, zaś w 2004 r. stworzono miejsce – symbol, w którym z wykorzystaniem prostych środków jego twórcy dotarli do wyobraźni, podświadomości, emocji i serc zwiedzających. Każdy musi przyznać, że wizyta w tym miejscu robi ogromne wrażenie i zmusza do refleksji nad losem narodu żydowskiego i człowieczeństwem w ogóle. Dlatego też w drodze z Bełżca do naszego ośrodka w Krasnobrodzie wielu z nas nie było w nastroju do żywiołowych rozmów.

W „Pszczelińcu” czekała na nas obiadokolacja i grill.

Środa była ostatnim dniem naszej wycieczki do wschodniej Polski. Wybraliśmy się do Łańcuta, miasta leżącego w województwie podkarpackim. Główną atrakcją było zwiedzanie zamku i innych historycznych miejsc z nim związanych.

Sam zamek powstał w XVII wieku z polecenia Stanisława Lubomirskiego i do tej pory jest bardzo dobrze zachowany – nie tylko dzięki regularnej renowacji, lecz również dzięki zapobiegliwości Romana Potockiego – ostatniego właściciela zamku oraz pomysłowości ostatnich zarządców. Potocki pod koniec wojny wywiózł najcenniejsze eksponaty za granice, a samą budowlę i resztę wyposażenia przed wkraczającą Armią Czerwoną uratował rosyjski napis „Muzeum Narodu Polskiego” umieszczony przez ostatniego zarządcę nad wejściem do zamku. Szczęście polegało też na tym, że dowódcą radzieckiego oddziału wkraczającego do Łańcuta był rosyjski historyk sztuki i muzealnik. Dzięki temu podczas zwiedzania komnat mogliśmy zobaczyć oryginalne wyposażenie jednego z najpiękniejszych zamków – pałaców magnackich w Polsce.

Sam zamek wywarł na nas ogromne wrażenie. Bogactwo zdobień, kolorów i wzorów zapierała dech w piersiach, ale to sala balowa i prywatny magnacki teatr okazały się najciekawszymi miejscami, które mogliśmy zobaczyć. Salę część z nas rozpoznała – odbywają się tam bowiem różne koncerty, które są transmitowane przez telewizję. Natomiast teatr zachwycał świetną akustyką i zastosowanymi tam nowoczesnymi (jak na czasy użytkowania tegoż pomieszczenia) technologiami.

Duże wrażenie wywarły na wszystkich prywatne łazienki pani i pana domu z XVIII wiecznym wyposażeniem oraz chiński pokoik umeblowany oryginalnymi chińskimi meblami z XIX w. pochodzącymi z podróży Lubomirskich po świecie. Wielu z nas zachwycało się też potężnymi żyrandolami z XVIII i XIX w, w których umieszczano zwykle 49 świec, a które w 1906 r. przerobiono na elektryczne, nie rujnując przy tym ich misternej konstrukcji.

Po obejrzeniu zamku przyszedł czas na odwiedzenie oranżerii, w której znajduje się niezmieniany przez cały rok ogród zimowy. Wśród palm i innych egzotycznych roślin stoją klatki ze zwierzętami, mniej lub bardziej niespotykanymi. To właśnie te małe stworzenia najbardziej zainteresowały wszystkich obecnych. Kwiaty i zwierzęta oczywiście nie pochodzą z XVIII w., ale oranżeria urządzona jest dokładnie na wzór tej, która była tuż przed wojną. A więc rodzaje i gatunki roślin, ich układ, rozmieszczenie jest takie jak w czasach ostatnich właścicieli.

Ostatnim punktem programu była wizyta w stajni i powozowni. Istotnie, w dwóch boksach stały grzecznie dwa wierzchowce wykorzystywane do wożenia turystów po parku i uliczkach Łańcuta. Zaś w pozostałych pomieszczeniach zgromadzono dziesiątki powozów i karet, które służyły jeszcze w XVIII w. Lubomirskim, a potem w XIX i XX wieku Potockim. Część pojazdów była użytkowana przez właścicieli Łańcuta, część zaś Roman Potocki – wybitny kolekcjoner – kupił jako eksponaty. W pomieszczeniach powozowni zgromadzono też trofea myśliwskie Potockich, zwłaszcza z pamiętnej wyprawy na safari do Południowego Sudanu w roku 1927. Można by pomyśleć, że ten punkt najbardziej spodobał się chłopcom – starodawne powozy i trofea łowieckie rzadko są interesujące dla pań. Jednak mogliśmy odnieść wrażenie, że stajnia, tak jak reszta budynków, podobała się wszystkim uczniom.

Chociaż muzeum w Łańcucie było bardzo interesujące, nie mogliśmy zostać tam dłużej. Po obejrzeniu budynków gospodarczych przyszedł czas na obiad i powrót do domu. Tak pożegnaliśmy Roztocze i Podkarpacie. Miejmy nadzieję, że nasza wycieczka zachęci przynajmniej niektórych z nas do powrotu w te wschodnie, mało u nas znane, a przecież piękne i ciekawe rejony Polski

Serdecznie zapraszamy do przeglądania galerii z wydarzenia.

© IV LO z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Stanisława Staszica

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress