KAWA O 22:00 – CZYLI ROZMOWA SYNA Z OJCEM

Pierwszym agentem wywiadu Staszica jest licealista z klasy maturalnej – Witold Wydmański (dla porządku też przypomnienie: absolwent – z roku 2013 – Gimnazjum Nr 25 z Oddziałami Dwujęzycznymi im. S. Staszica w Sosnowcu). Witold wziął w krzyżowy ogień pytań swojego Ojca – Pana Jerzego Wydmańskiego.

Prof. nadzw. dr hab. nauk medycznych JERZY WYDMAŃSKI – to uznany i szanowany lekarz onkolog o bogatym dorobku naukowym, z pasją społecznikowską popularyzujący wiedzę – i absolwent naszego Liceum.
Dziękujemy Panu Jerzemu Wydmańskiemu, że zechciał poświęcić czas i poddać się pytaniom Witolda – wywiadowcy.


Witold Wydmański: Kawa o 22:00 ? Do której zamierzasz dzisiaj pracować?
Jerzy Wydmański: Jeszcze tylko chwilę.

W.W: No tak, tytułów naukowych nie dostaje się za siedzenie przed telewizorem. Jak myślisz, Staszic pomógł Ci jakoś w ich zdobyciu, a może uważasz czasy licealne tylko za jedno z wielu niepotrzebnych wspomnień?
J.W: O, Staszic – to jest miłe wspomnienie. Na pewno przygotował nas do życia, ułatwił nam start.

W.W: Jakie za Waszych czasów krążyły stereotypy o uczniach Staszica?
J.W: W naszych czasach było rozróżnienie na dwie klasy matematyczno-fizyczne. Istniała eksperymentalna klasa A, z lektoratem angielskim, do której przyjmowano uczniów z lepszymi średnimi. Oni byli harcerzami, społecznikami, co było powodem naszych żartów. Były drobne konflikty pomiędzy obu klasami, ale generalnie dzisiaj odeszły one w niepamięć. Chodziłem do liceum w czasach burzliwych. Był to przełom końca socjalizmu, stan wojenny. Ludzie starali się organizować, my natomiast patrzyliśmy dość biernie na to, co się dzieje. Nasza nauczycielka historii, Pani Profesor Nawrat, namawiała nas do tego, żebyśmy się zbuntowali. „Co Wy tak w tych mundurkach chodzicie? W Gdańsku mają kolorowe włosy, pióropusze, protestują, targają książki przed nauczycielami, a Wy jesteście tacy bierni”. My oczywiście nie rozumieliśmy do końca tego, co nauczycielka chciała nam przekazać. Tego, że powinniśmy być indywidualistami, mieć własne spojrzenie na świat. Na pewno była to nasza ulubiona nauczycielka, z którą mogliśmy omawiać sprawy bieżące na lekcjach historii, która starała się zapalić w nas ducha dumy narodowej i skłonić nas do samodzielnego myślenia.

W.W: Dosyć osobliwe przykłady stawiała Wam za wzór. Czyli nie było tam tylko szkolnego, surowego materiału, ale także kształtowanie światopoglądu?
J.W: Tak, były żywe dyskusje na lekcjach historii, o problemach bieżących. Naszym celem było zawsze to, żebyśmy znaleźli temat do rozmowy, żeby lekcja się nie odbyła. Pamiętam, że w telewizji usłyszałem kiedyś informację, że na jednego Polaka przypada tubka pasty do zębów na rok. I nim się zaczęła lekcja, zapytałem: „Pani Profesor, czy Pani wie, że przeciętny Polak zużywa tylko jedną tubkę pasty do zębów rocznie?”. Pani Profesor tak na mnie popatrzyła, a była ona przedwojenną arystokratką – i mówi w ten sposób: „Wydmański, widzisz: chamy zębów nie myją.” I oczywiście cała lekcja upłynęła nam na rozmowie o sprawach nie tylko bieżących, ale również o czasach minionych.

W.W: Widzę, że te „stracone” lekcje zapamiętałeś lepiej niż prowadzone zgodnie z programem.
J.W: To nie były oczywiście lekcje stracone, a raczej przegadane. Pani Profesor Nawrat wzbudzała w nas świadomość historyczną. Oczywiście tematy pierwszej połowy XX wieku były nam najbliższe, z racji odradzającego się kultu marszałka Piłsudskiego. W tamtych czasach było jeszcze sporo przekłamań historycznych dotyczących II wojny światowej czy też okresu powojennego, więc Pani Profesor starała się przekazywać nam wiedzę historyczną, czasami pozapodręcznikową.

W.W: No, ale nie samą nauką człowiek żyje. Słyszałem, że prowadziłeś też w czasach liceum sklepik szkolny.
J.W: To doświadczenie było bardziej związane z dojrzewaniem niż z chęcią szlifowania wiedzy ekonomicznej w praktyce. Wynikało to z tego, że sklepik prowadziła jedna z sympatyczniejszych koleżanek w szkole. W związku z tym w czasie zebrania spółdzielni uczniowskiej postanowiłem zrobić dobre wrażenie na nauczycielu, który opiekował się sklepikiem, licznymi pomysłami, w jaki sposób powinniśmy prowadzić szkolny biznesy. I tak zostałem przyjęty do grona spółdzielców, zostając sprzedawcą sklepikowym. W sklepiku natomiast, oprócz sprzedaży artykułów żywnościowych, o które było dość trudno w tamtych czasach, wprowadziliśmy handel książkami, taki mały antykwariat. Na przerwach sklepik był takim małym centrum kulturalnym życia uczniowskiego. Drugim był „Hades”, czyli toaleta na parterze. Mam nadzieję, że dalej kultywujecie tę tradycję. Dawniej zbierała się tam tak zwana „elita intelektualna” (która już potrafiła palić papierosy) i była taka niepisana umowa z dyrekcją, że uczniowie klas IV mogli na dole w toalecie palić papierosy, a młodsi bardzo chcieli się z nimi kolegować, w związku z czym było tam zawsze gwarno.

W.W: Skąd braliście towary, które tam sprzedawaliście?
J.W: Mieliśmy zaprzyjaźnioną hurtownię, która sprzedawała nam i napoje, i słodycze, więc musieliśmy nauczyć się składać zamówienia, odbierać towar, liczyć go, kontrolować wpływy i wydatki. Na przerwach, oczywiście, sprzedawaliśmy.

W.W: Byłeś w klasie matematyczno-fizycznej. Jak udało Ci się trafić na medycynę?
J.W: Och, to jest proste. Fizyka była absolutnie fascynująca, a fizyka współczesna wymaga ogromnej wiedzy i potężnego aparatu matematycznego. W związku z tym na początku klasy IV zdałem sobie sprawę z tego, że jako fizyk nie zaistnieję. Brak zdolności przełożył się na to, że zdecydowałem się wybrać medycynę. Za medycyną przemawiało też to, że lubię ludzi. W związku z tym, że matematyka, fizyka dają solidne podstawy, łatwo się wszystkiego innego nauczyć. Nie miałem jakiś istotnych problemów z przeskoczeniem na obszar biologiczno-chemiczny. Zoologia jest nudna, więc poświęciłem jej dwa, trzy dni przed egzaminem na studia, natomiast główną wagę przykładałem do chemii i fizyki. W tamtych czasach zdający na uniwersytety medyczne zdawali kilka egzaminów: biologię, chemię i fizykę, i dodatkowo – z języka obcego. To wszystko było w formie testowej, więc dość obiektywnie.

W.W: Po ukończeniu szkoły utrzymujesz ze „Staszicem” dalej kontakty…
J.W: Tak, narodziła się idea utworzenia „TOWARZYSTWA MŁODYCH NAUKOWCÓW”, które generalnie ma służyć ukazaniu dorobku naukowego młodym adeptom nauki. Zakładamy, że spora część spośród uczniów będzie kontynuowała naukę w szkołach wyższych. Prowadząc zajęcia, mamy nadzieję, że może jakiś wykład, jakieś zdanie, które wówczas padnie, spowoduje, że ktoś z Was będzie chciał poznać lepiej tę dziedzinę, a może zaintryguje go to na tyle, że będzie chciał się zająć nauką. Na razie udało nam się zorganizować kilkanaście takich wykładów. Są prowadzone przez samodzielnych pracowników naukowych, którzy mają pokazać naukę na trochę innym poziomie niż w liceum, na innym stopniu zaawansowania, a także stworzyć możliwość spotkania z profesorem wyższej uczelni. Na zachodzie dosyć popularne są spotkania typu „meet the professors”. Dotyczą zarówno młodych adeptów nauki, którzy zakończyli już studia i planują swoją karierę albo rzadziej – studentów. My schodzimy niżej, aby młodzież miała na to szansę już w liceum.

W.W: Mówimy o studiach, Ty jak wybierałeś?
J.W: Wybór był prosty, to był Wydział Lekarski Śląskiej Akademii Medycznej w Ligocie z racji bliskości domu. Mobilność w dawnych latach była mocno ograniczona możliwościami finansowymi rodzin. Teraz może jest już łatwiej studiować gdzieś dalej w kraju czy za granicą.

W.W: Dlaczego ze wszystkich dziedzin medycyny wybrałeś akurat onkologię?
J.W: Wybór tej specjalizacji był związany z doświadczeniami rodzinnymi. Nasi najbliżsi odchodzili z powodu chorób nowotworowych. Naturalne było, żeby spróbować z tym walczyć. Oprócz tego onkologia to bardzo ciekawa, szybko rozwijająca się, interdyscyplinarna gałąź medycyny. To nie tylko klinika, ale też nauki podstawowe, a przede wszystkim translacja czyli przełożenie zdobyczy nauk podstawowych na modyfikację schematów leczenia i możliwość ich indywidualizowania dla poszczególnych chorych.

W.W: Łatwo Ci było znaleźć pracę po studiach?
J.W: Tak, na onkologię nikt nie chciał iść. Generalnie w odczuciu społecznym onkolog był uważany prawie za grabarza. W tej chwili to się zmieniło, jest bardzo wiele chętnych osób, które chciałyby się kształcić w tym kierunku. Ale 20-30 lat temu lekarze niechętnie podejmowali pracę w ośrodku onkologicznym z racji lęku przed ciężko chorymi pacjentami i miernymi efektami prowadzonych terapii. Wtedy możliwości leczenia były znacznie bardziej ograniczone, bardzo wielu chorych traciliśmy, także wielu młodych ludzi. Czuliśmy bezradność. Obecnie dysponujemy ogromnym arsenałem metod terapeutycznych, które pozwalają na wyleczenie wielu chorych, a jeżeli nawet nie stwarzają szansy na wyleczenie, to dają często długotrwałe przeżycia. Onkologia w ostatnim 10-leciu bardzo się zmieniła. Na przykład: w latach 40-50 XX w. ziarnica złośliwa była praktycznie nieuleczalną chorobą. Obecnie bardzo rzadko się zdarza, żebyśmy mieli niepowodzenie w tej chorobie.

W.W: Jak byłeś traktowany przez współpracowników jako onkolog świeżo po studiach?
J.W: Atmosfera w Instytucie Onkologii była bardzo dobra. Trafiłem na nabór „młodych-zdolnych-gniewnych”. Przerwa pokoleniowa między nami a starszymi lekarzami wynosiła dobre 10 lat. Mieliśmy łatwość pozyskiwania informacji. Mieliśmy czas i chęci, szybko się uczyliśmy, może byliśmy takim lekkim postrachem dla niektórych starych lekarzy, ale generalnie byliśmy dobrze przyjęci. Natomiast moją pierwszą pracą była asystentura w Katedrze Fizjologii. Ta praca, oczywiście, też była bardzo przyjemna, ale Akademia Medyczna ma to do siebie, że bywa bardzo feudalną instytucją – nie wszystko wypadało, nie wszystko można było robić. Pamiętam taką sytuację ze stażu na pediatrii, gdy w dyżurce rozmawialiśmy o jakimś problemie medycznym. Ktoś wyciągnął artykuł, opowiedział nam o nim, a ja bardzo chciałem mieć odbitkę tego artykułu. Poszedłem do sekretariatu pana profesora i poprosiłem sekretarkę, żeby mi skserowała artykuł i za chwilę przyniosła. Oczywiście, „za chwilę” – to ja byłem na dywaniku u profesora, bo jak ja mogłem prosić sekretarkę, żeby wykonała kserokopię? Byliśmy pewnie trochę zagubieni, nie rozumieliśmy tych niuansów towarzyskich w Akademii Medycznej, natomiast Instytut był … normalny. Tam pracowali ludzie przyjaźnie do nas nastawieni i nie odczuwaliśmy tego feudalizmu. Z wieloma starszymi lekarzami automatycznie przechodziliśmy na „ty”. Zwracanie się po imieniu bardzo ułatwiało pracę, bo łatwiej było kogoś zapytać, poradzić się. Niewielu lekarzy tworzyło dystans, raczej wszyscy starali się być pomocni w pierwszych latach pracy.

W.W: Dziękuję Ci za tę rozmowę, a zakończę pytaniami wybranymi ze słynnego „kwestionariusza Marcela Prousta”.

Ulubiony bohater książkowy?
J.W: Konrad Wallenrod.

Ulubiony film?
J.W: „Przypadek” w reż. K. Kieślowskiego.

Ulubiona postać historyczna?
J.W: Tadeusz Kościuszko.

Największa wada?
J.W: Lenistwo.

Ulubione zabawy dzieciństwa?
J.W: Gra w piłkę.

 

[październik 2015; wywiad autoryzowany]

© IV LO z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Stanisława Staszica

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress