|
1 września 2008 rok – pierwszy dzień w liceum. Cała roztrzęsiona, jak na szpilkach (dosłownie i w przenośni) stanęłam przed drzwiami liceum. Pomyślałam wtedy: „Mogę jeszcze uciec:.”
Mój strach był spowodowany tym, że : 1. nie znałam prawie nikogo z mojej klasy; 2. słyszałam, że można dostać ( chwila zastanowienia… ) „upomnienie” od Pana Dyrektora za brak mundurka; 3. opinie, które nazwałabym próbą zniechęcania przez starszych kolegów, że Liceum Staszica jest nie do przejścia i że po zdaniu matury będę wyglądać tak jak oni; 4. nie dam rady i po miesiącu przepiszę się z powodu dojazdów (mieszkam 28 kilometrów od szkoły);
Pierwszy dzień nauki minął bezboleśnie. Poznałam lepiej kolegów i koleżanki z klasy (widzieliśmy się już wcześniej na integracji, która okazała się kompletną klapą – stąd moje przerażenie i niechęć). Po rozmowie z Panią Wychowawczynią wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że dobrze trafiliśmy i nie mamy się o co martwić. Po dwóch tygodniach myślałam, że gimnazjum niczym się nie różni od liceum,w którym trzeba było tylko odrobić lekcje, troszkę się pouczyć i zrobić ewentualnie dobre ściągi. Cóż… zmieniłam zdanie na przełomie października i listopada, kiedy dotarło do mnie, że przecież nauczyciele muszą wystawić z czegoś oceny. I zaczęła się lawina sprawdzianów: z polskiego, z fizyki, z biologii… Były chwile, kiedy miałam wszystkiego dość i chciałam schować się pod łóżkiem (lub ewentualnie w szafie). Po nawale prac pisemnych złapałam trochę oddechu. Jednak okazało się, że jest to cisza przed burzą. W grudniu było jeszcze gorzej: 2 kartkówki i sprawdzianik okazały się „normą”.
Wniosek można wyciągnąć jeden – między gimnazjum a liceum jest przepaść tak wielka jak odległość z Ziemi do Słońca. Trzeba było szybko się przystosować i „przestawić”, aby nie nałapać złych ocen. Chciałam jeszcze dodać, że w kręgu I klasy politologicznej krąży przekonanie, że gimnazjum to „szkoła, której nie było”. Więc na standardowe pytanie Pani Mgr Wojciechowskiej-Karbownik: - „Czy przerabialiście to w gimnazjum” zgodnie odpowiadamy: - „Nie, nie wiemy, nie pamiętamy, ale pewnie nie.”
Po spędzeniu w liceum pierwszego semestru stwierdzam, że nie jest on taki straszny, jak go malują. Społeczność Staszica jest fantastyczna, można się przyzwyczaić do autobusów i wystarczy „trochę” (?) posiedzieć nad książkami, a oceny same wpadną do dziennika (zdarzają się wyjątki, ale…). Przydatna jest również sztuka maskowania i wtapiania się w tłum, jeśli nie chcemy dostać nagany za nieubranie mundurka. Poza tym, chyba jeszcze nie wyglądam tak jak znajomi absolwenci Stasia. Ciekawe jaka będzie sytuacja po maturze…
Kasia Dymarska - I polit.
|
przeżyć!