„Jeszcze dalej niż wschód” – przed nami już tylko białe niedźwiedzie…

NewsyMożliwość komentowania „Jeszcze dalej niż wschód” – przed nami już tylko białe niedźwiedzie… została wyłączona

Później nie mogliśmy… 8 listopada klasy 2BCH i 2BP jako ostatnie (chyba w kraju) wyruszyły w daleką podróż, by podbić południowo-wschodnią część Polski. Wszyscy ochoczo stawili się na zbiórkę o 8:00, aby kilka godzin później stanąć u wrót Zamku w Łańcucie. W stylowych, filcowych kapciach nie wstydziliśmy się wkroczyć w magnacki świat Potockich. Mogliśmy poprawić swoje łyżwiarskie umiejętności na drewnianych posadzkach. Jesień przepięknie pokolorowała park otaczający zamek, dzięki czemu spacer do powozowni okazał się czystą przyjemnością. Mogliśmy zobaczyć najstarszy pojazd w Polsce, a także, o zgrozo, zwierzęce trofea na ścianach budynku.
Zachwyceni Potocką gościnnością udaliśmy się do „krainy Wieprzem płynącej”, czyli Krasnobrodu. Miasteczko okazało się równie urokliwe jak jego nazwa. Szybko rozgrzaliśmy się ciepłym posiłkiem, a po kąpieli wskoczyliśmy pod pierzyny.

Drugi dzień naszej wyprawy rozpoczęliśmy w deszczowej aurze. Poranek powitał nas chłodno, a w powietrzu wisiała mgła. Najważniejsze rzeczy do plecaka i w drogę! Nie mogliśmy się spóźnić, w końcu byliśmy umówieni z Janem Zamoyskim. Zaproszono nas do miasta idealnego – Zamościa. Pierwszą dawkę wiedzy otrzymaliśmy w tutejszym regionalnym muzeum, które chowała jedna z pięknych kolorowych kamienic przy rynku.

Bardziej groźnemu obliczu miasta przyjrzeliśmy się w Arsenale. Rozochoceni ruszyliśmy w stronę Rotundy. Tutaj niestety zniknęły nam z twarzy uśmiechy. Przekroczyliśmy dużą drewnianą bramę z białym napisem: „Gefangenen Durchgangslager Sicherheitspol”. Miejsce to niegdyś pełniło funkcję przejściowego więzienia dla ludności aresztowanej, później stało się świadkiem masowych egzekucji. W grobowej ciszy przeszliśmy przez kilkanaście cel, każda poświęcona ofiarom II wojny światowej z okolicznych terenów.

Nieco przygnębieni zeszliśmy do podziemi miasta zaprojektowanego przez Bernardo Morando. O dziwo było tam cieplej niż na dworze, więc zadowoleni wysłuchaliśmy historii zamojskiej twierdzy i przeszliśmy trasę od Bastionu VII do Nadszańca w niemal wojowniczych nastrojach. Po przyjemnym spacerze przyszedł czas na „Zamość by night”. Panorama miasta idealnego wzbudziła zachwyt i wszyscy, jak na młodzież XXI wieku przystało, sięgnęli po telefony, aby zrobić „chociaż” kilkadziesiąt zdjęć. Warto było czekać na ten moment. Ostatnie westchnienie na tarasie widokowym i już siedzieliśmy w autokarze.

Wymarznięci i głodni wbiegliśmy do pokojów, gdzie przyklejeni do kaloryferów czekaliśmy na wybicie godziny oznaczającej kolację. Po niej już nic nie mogło nam poprawić humorów jak dobra zabawa. Mam tutaj na myśli picie oranżady i grę w karty, oczywiście 🙂

Ani się obejrzeliśmy a zaczął się trzeci – ostatni dzień wycieczki. Walizki wylądowały na dnie autokaru, a my – w Lublinie. Jadąc, widzieliśmy na trawie resztki śniegu, co oznaczało tylko jedno – jest zimno. Zwarci i gotowi przeszliśmy uliczkami Lublina, po drodze witając w Archikatedrze, której wnętrze okazało się być pokryte przepięknymi kolorowymi malowidłami barokowymi. Punkt kulminacyjny stanowiła wizyta w Zamku w Lublinie. Duże wrażenie zrobiła na nas Kaplica Świętej Trójcy, wypełniona średniowiecznymi freskami. W ogromnej sali wypełnionej obrazami na środku stał największy, a zarazem najważniejszy – „Unia Lubelska” Jana Matejki. Naszą uwagę przyciągnęło jeszcze jedno dzieło. Z jednej z ram patrzył na nas Stanisław August Poniatowski – tak, dokładnie ten, który jest w każdym podręczniku do historii!

Po wyjściu z zamku zaczęła się walka z czasem. Podzieleni na grupki, rozbiegliśmy się w poszukiwaniu miejsca do zjedzenia ciepłego posiłku. Zadanie utrudniał fakt, że mieliśmy na to zaledwie 40 minut, a większość uczniów była w potrzebie zakupu czegoś „na drogę”. To była świetna okazja do popisania się swoimi umiejętnościami strategicznymi. Jak się okazało, nie jesteśmy w tym tacy słabi, o umówionej godzinie stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu.
Pożegnawszy się z malowniczym Lublinem, ruszyliśmy w drogę powrotną. Jakaż radość zagościła na naszych twarzach, gdy na horyzoncie ujrzeliśmy „Restaurację pod Złotymi Łukami”(czyli po prostu McDonald’s). W końcu nie ma McDonalda, nie ma wycieczki. Szalenie wykwintne jedzenie dało nam energię na resztę podróży. Każdy znalazł swój sposób, jak ją przetrwać: niektórzy grali w karty, inni zanurzyli się w muzycznej rozkoszy, a jeszcze inni w „Panu Tadeuszu” (mam nadzieję).
Szczęśliwi, choć nieco smutni, że to już koniec, wyszliśmy z autokaru na parking przy ulicy Żeromskiego.

Tak oto zakończyliśmy sezon wycieczkowy. Mimo rekordowo długich ustaleń dotyczących wycieczki, zdecydowanie można zaliczyć ją do tych udanych. My Łańcut, Zamość i Lublin już podbiliśmy. Teraz kolej na Was!

Alicja Sąkol 2BP

 

Serdecznie zapraszamy do przeglądania galerii z wycieczki.